Conrad 44

Inne Planety

No i nadchodzi pierwszy sierpnia. Napiszę jedną rzecz. Wiele razy słyszałem że Kolumbowie byli tacy jacy byli, bo dużo czytali Conrada. Jakoś tak nigdy nie mogłem zrozumieć w jaki sposób lektura Lorda Jima mogła ukształtować Akowca.

Ale przeczytałem opowiadanie Tajfun.

I zrozumiałem.

Tam jest wszystko napisane.

Bohaterem jest szary, zmięty, nudny, pragmatyczny, sztywny kapitan.

I jego młody oficer.

I drugi oficer, niezbyt młody, ale i niezbyt dojrzały.

I bosman.

I maszyniści.

I Chińczycy.

I oni wszyscy są ważni.

Ale najważniejszy jest sternik.

Pozwólcie że Wam przeczytam.

Urządzenie sterowe zaklekotało, stanęło i znów zaklekotało; gałki oczne sternika zadawały się wyskakiwać z wygłodniałej twarzy jak gdyby zamiast róży kompasowej pod szkłem pokrywy leżał kawałek mięsa. Bóg raczy wiedzieć, jak długo stał już tak przy sterze, zapomniany przez kolegów. Nikt nie wydzwaniał godzin, nie zmieniano wachty; dyscyplinę okrętową diabli wzięli; mimo to próbował utrzymać statek na kursie północno-północny wschód. Nie wiedział nic. Równie dobrze ster mógł być już zerwany, paleniska zalane, maszyny uszkodzone i statek gotowy przewrócić się do góry dnem jak trup…

I dalej:

– Nie zastąpili was – powiedział kapitan McWhirr nie podnosząc oczu – chciałbym jednak, byście wytrwali przy sterze jak najdłużej. Jużeście się wczuli. Inny mógłby narobić bigosu. To nie żarty. Zresztą załoga pewnie ma robotę na dole [blef, bo bezładana zdemoralizowana załoga schowala się bezczynnie, przyp.red.]… Dacie radę?

Urządzenie sterowe wydało krótki urywany klekot i stanęło, dymiąc jak żarzące się węgle; nieruchomy sternik o skamieniałym spojrzeniu wybuchł nagle, jakby cała wściekłość rzuciła się do ust:

– Na miłość boską, panie kapitanie! Mogę sterować do końca świata, jeżeli nikt nie będzie się do mnie odzywał.

Ten fragment mi wystarczył.

Zobaczyłem człowieka przy karabinie zakopanego w gruz barykady, patrzącego w ciemność jak “na kawałek mięsa”. Bomby, pociski walą, a tam ciągle z tego zwału cegieł coś terkocze.

Zobaczyłem legion ludzi, co byli przede mną, są ze mną i oby byli po mnie – co ciągle robią coś, w banku, w sądzie, w szpitalu, w polu, przy własnym biurku, chociaż dawno zostali zapomniani przez kolegów, nikt nie wydzwania godzin, nie zmienia wachty. 

Mogą robić to do końca życia – nieść ten świat na barkach – żeby się tylko nikt do nich nie odzywał.

A sam Kapitan McWhirr (co za ksywa) – dziś wyśmialibyśmy jego postawę. Nazwali Obłędem. Ale dopłynął do portu. Według Conrada nastąpił happy end. Czy w życiu nastąpił happy end? Pytanie jak długo przyjmiemy trwanie tego tajfunu. 63 dni? 55 lat?

Nie oceniam, ale wiem na pewno że miał Conrad rację opisując słowa drugiego oficera, któremu “podziękowano” za ofiarną służbę podczas tajfunu. Znam rzesze ludzi co jak on, po dotarciu do celu, mściwie podnoszą pięść do góry odgrażając:

To najgorsza banda durniów jaka kiedykolwiek pływała po morzu.

To o nas.

Słyszę to codziennie kiedy oglądam w lustrze swoją błazeńską twarz.

Redaktor Forlong Gruby

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *